

2 VIII
Ruszam na wycieczkę „Estonia i Łotwa – ukryte klejnoty Bałtyku”, w Warszawie słońce, oby to była dobra wróżba! Przystanek na Litwie. Spacer sympatycznymi uliczkami Kowna na rozprostowanie nóg. Jest szeroka Wilija, a potem Niemen, po których kiedyś płynęłam kajakiem, są urokliwe, kolorowe i niezbyt wysokie kamieniczki, ceglany zamek… W czasie wolnym kosztuję chłodnik, który polecał pilot, z zapiekanymi, ciepłymi ziemniaczkami. Ja – fanka chłodników - nareszcie u źródła! Na muzeum wieszcza nie ma czasu; wrócę, podoba mi się tu.
Nocą dojeżdżamy do Rygi. Cieszy i to bardzo widok znajomych kształtów. Rok temu spałam po drugiej stronie Dźwiny, marzyłam, by tu spacerować.
3 VIII
Szybka pobudka i czas, by przed śniadaniem poznać Kipsalę – wyspę, na której nasz hotel. Drewniane domy, wręcz kamienice (pilot nazywa je drewnicami) zadziwiają fantazją architektów; z obu stron rzeka. Odkrywam kolorową cerkiew, udaje się nawet wejść do środka! Miasto się budzi… Ludzie w hotelu też. Śniadanie przepyszne, zaczynam od zalecanej przez pilota gorącej owsianki z dżemem. Są też ryby z ciemnym chlebem, jestem przecież w Rydze.
Niby znane mi miasto, ale spacer, jaki serwuje nam wspaniała przewodniczka, zachwyca, intryguje. Nie wchodzimy nigdzie do środka, ale perły łotewskiej secesji podziwiamy z zewnątrz. Jeszcze nigdy nie patrzyłam na budynki z taką uważnością, jak dobrze, że mogę nasiąknąć wiedzą i wrażliwością! Oczywiście jest i Stare Miasto, Dźwina… Czas wolny to galop do hal targowych – lista zakupów w kieszeni, udaje się też zjeść wymarzony chlebowy deser. Uśmiecham się do Pałacu Kultury – dopiero co robiłam to do bliźniaka w Warszawie!
Tym razem hotel z innej strony miasta, po zameldowaniu wracam do centrum, bo całkiem blisko i nadal jasno.

4 VIII
Nocleg pozwala wyobrazić sobie ryskie kamienice od środka - labirynt korytarzy w potężnej drewnicy ze skrzypiącą podłogą jest przytulny. Na śniadanie znów ciepła owsianka, zjadam ze smakiem.
Jedziemy na przylądek Kolka. Droga długa, okraszona ciekawymi opowieściami pilota o rdzennych mieszkańcach, przyrodzie i trudnej historii miejsca. A potem już jest – frapujący koniuszek przylądka! Spacerujemy spokojnym brzegiem, następnie czas, by samotnie nacieszyć się przestrzenią. Rodzi się myśl, by kiedyś przyjechać do Windawy i z niej ruszyć z plecakiem do Jurmały - ścieżka przy brzegu jest, widziałam. Łotewskie wybrzeże jawi się spokojniejsze, bardziej dzikie; kusi, nieznanym.
Znów okazja, by poznać inny bałtycki brzeg – spacer deptakiem w gustownej Jurmali kończę wejściem do morza – jego brzeg długo płytki, idę więc daleko zaledwie po kolana. Czasem mewy zaskakują mnie staniem na dalekiej od brzegu wysepce. Brak parawanów i hałasu, jest pięknie; kiedyś trzeba będzie na dłużej wrócić!
Wieczór na ryskiej starówce znów błogi.
5 VIII
Przyroda Łotwy porusza. Bardzo! Sigulda zanurzona jest w lasach, ale jej perły to rzeka oraz skały. Kolor tych ostatnich rzadki, bo rdzawy, udaje się je dotknąć. Wchodzę na wzgórze, by zobaczyć kilka więcej, zejście okazuje się jeszcze ciekawsze – znajduję wąską ścieżkę i podążając nią na dół odkrywam kolejne. Potem czas na ruiny zamku oraz przestronny widok na okoliczne zalesione wzgórza, jedno wieńczy pałac. Niektórzy idą na obiad, inni jadą kolejką na drugą stronę rzeki, ja dotykam Gauji. Jest piękna, szeroka, nietknięta cywilizacją; myślę o tym, że idealna do kajakowania i zaraz po tym pojawia się spore kanou. Zazdroszczę z sympatią i myślę, że trzeba będzie tu wrócić. Iść kilka dni jej brzegiem lub przepłynąć. W punkcie informacyjnym parku dostaję mapy, haczyk zapuszczony!
Drogę do Tartu upiększa rytuał codziennej gawędy pilota. Zmieniamy kraj, podobno i ten wita owsiankowym śniadaniem. Miasto uniwersytetów znów przecięte rzeką, z urokliwymi uliczkami, zalesionym wzgórzem katedralnym i bardzo klimatycznymi kawiarenkami. Planuję wrócić nocą, by podelektować się jeszcze dłużej, ale leje deszcz, zostaję w bardzo wygodnym pokoju hotelowym.
6 VIII
Owsianka na śniadaniu czeka, wspaniały początek dnia! Jedziemy do Viljandi, małego, urokliwego miasteczka, stolicy estońskiej muzyki ludowej. Jest wzgórze, z którego widać rzekę, park z potężnymi drzewami, ruiny zamku i zwyczajne, nieturystyczne życie. Dociera do mnie myśl, że z estońskich czy łotewskich drewnic można się uczyć komponować kolory. Im więcej ich oglądam, tym bardziej naturalne wydają się różne zestawienia. Pięknie tu i barwnie; taka zwyczajna niezwyczajność.
Potem płyniemy promem na Saaremę – wieje, lekko kołysze, pogoda nam sprzyja. Naszym celem jest przyjemne Kuressaare. Zanim grupa się rozpakuje, robię mały rekonesans, z nimi docieram do kolejnych miejsc. Odwiedzam teatr, potem zamek i port; w zderzeniu morza z zielenią czuć inny, bardziej egzotyczny świat. Zimniej też tu. Nocny spacer w skrawkach jasności bezcenny!

7 VIII
Gorąca owsianka wspaniale rozgrzała po porannym spacerze. Jedziemy na cypelek wyspy, skąd widać znany sprzed kilku dni przylądek Kolka. Brzeg kamienisty, mało gościnny i bardzo fotogeniczny, spacer przyjemnością! Natrafiam na martwą fokę; szkoda, że nie udało się wypatrzeć żywej... Może kiedyś? Odwiedzamy latarnię morską i muzeum. Potem czas w niewielkim prywatnym skansenie, który pokazuje trudy i blaski życia z dala od cywilizacji. Zaciekawia szczególnie sauna. Potem już droga przez wyspę, prom i Tallin…
Nocleg na obrzeżach miasta, ale jest jasno, jadę więc pociągiem do centrum. Jak dobrze tu wrócić!
8 VIII
Przedostatnia owsianka, zjadam podwójną porcję. Spacer z przewodniczką przypomina w Tallinie to, czego nie znałam, gdy byłam miesiąc wcześniej. Szczęśliwie dostaję więcej niż wiem, z przyjemnością chodzę i słucham. Rudawe dachy, liczne wieże, cudowna gra kolorów… Nie przeszkadza nawet deszcz. Jest też Kardiorg wraz z ogrodami, a na koniec wisienka na torcie – plaża Pirita! Zachwyca kontrast wielkiego miasta i lasu, wielkich promów i błogiego spokoju.
Jutro wracamy… Żal, bo wsiąkłam w rytm owsianek, gawęd pilota w autokarze, eksplorowanie nieznanego, zapach kawy...
Autorka relacji i zdjęć: Anna Kubus, godło "Fantazjana"





